piątek, 28 marca 2014

Przed- wyjazdowy szał

W środę wylatujemy na 8 dni do Barcelony...Także wielkie przygotowania czas zacząć...
Pralka chodzi jak szalona i modlę się tylko, aby nie przyszło jej do głowy się buntować.
W garderobie leży stos moich ciuchów i każdy nalega, by go zabrać...a ja kocham moje ciuchy i nie umiem im odmówić...niestety ogranicza mnie pojemność torby- także sorki ciuszki- selekcja jest nieunikniona:(

Dziś uszczęśliwiliśmy nasze stopy- Teo, T. i ja zaopatrzyliśmy się w piękne i mam nadzieję wygodne butki;) Szczególny problem miałam z butami dla Teusza- ale przemiła pani w Smyku pomogła mi w wyborze i zdecydowałam się na Fisher Price'a. Nie mogłam się napatrzeć na mojego malutkiego synka w BUTACH- wygląda na takiego "dorosłego". 10 miesięcy to już nie przelewki!

Ze Smyka wyszłam też z nową książeczką i zabawką- co by w samolocie mieć dla Młodego niespodziankę, która zajmie go choć na chwilę. W ogóle zaczęłam się nieco stresować lotem, nie jestem fanką wysokości, liczę jednak, że Teusz nie odziedziczył po mnie niechęci do szybowania w przestworzach.

T. zaopatrzył nas w mapę Barcelony i przewodnik. Jutro usiądziemy i wspólnie obmyślimy dokładny plan co, kiedy i jak zwiedzamy. Oczywiście będzie to bardzo elastyczny plan, który będziemy dostosowywać do swoich potrzeb.

********

Właśnie wróciłam ze sklepu, zdążyłam jeszcze zakupić cudny napój procentowy dla męża mego i dla siebie również cudny, lecz bez procentów ;) T. rozwiesił pranie, więc bez wyrzutów sumienia zasiedliśmy przed tv- załapiemy się jeszcze na końcówkę kabaretów...Chwila relaksu przed urlopem się przyda,nieprawdaż ?:)


wtorek, 25 marca 2014

Spowiedź matki

Ostatnio skupiłam się na czytaniu blogów. Mam kilka swoich ulubionych, czasami trafiam gdzieś przez przypadek.
Czytam, bo jestem ciekawa o czym piszą matki, bo jestem nowa na scenie blogowej, bo chcę podpatrzeć, może się czegoś nauczyć...

Niestety te moje blogowe wędrówki napawają mnie w większości jakimś przekonaniem, że jestem nic nie wartą blogerką. Dlaczego? Matki dzieci niepełnosprawnych okupujące sejm, afera rajstopkowa, konsultacje logopedyczne, wydarzenia na Ukrainie. To tylko niektóre z ważnych i mniej ważnych tematów poruszanych na blogach. I super. Dotykają mnie te zagadnienia, bo jestem pedagogiem specjalnym , logopedą, człowiekiem. Czasami czytam posty z otwartymi z wrażenia ustami. Sama lepiej bym tego nie ujęła. Czasami nie zgadzam się z autorką, czasami skomentuję post, zdarza się też, że nie mam zdania. Jednak u mnie na blogu na próżno szukać tak ambitnych tematów. Szczerze? Ja wiem, że gdzieś tam jest świat, że się dzieje, niejednokrotnie pochylę się nad tematem, porozmawiam z T. albo jakąś koleżanką, i tyle. Świat "dzieje się" za kurtyną. W moim teatrze rolę pierwszoplanową gra Teusz i to na niego skierowane są wszystkie reflektory. Dla mnie i tak newsem dnia jest, że Teo dobiera się do parapetu i musiałam wszystko z niego pościągać. Moje dziecko stanowi dla mnie centrum wszechświata i na nim jest skupiona niemalże cała moja uwaga. Dlaczego zatem nieporuszanie  przez mnie tematów poza "Teuszowym światem" sprawia, że czuję jakbym niewiele miała do zaoferowania?Tylko pierdu pierdu o swoim bobasie.

I nawet w internecie zaczynam czuć się obco i łapię jakieś kompleksy.
Tylko prawda jest taka, że na razie nie mam ochoty pisać o niczym więcej niż Teo. Po prostu. Być może kiedy Młody zacznie nabywać większą autonomię, chodzić, biegać, odseparowywać się ode mnie- również moje pole widzenia się poszerzy. Być może...

Do pisania bloga namawiała mnie koleżanka, która stwierdziła, że zawsze mogę go potraktować jako swoisty pamiętnik, który będzie się miło czytało za kilka lat, gdy strony w pamięci już trochę pożółkną. Koncepcja ta ujęła mnie za serce i jestem jej póki co wierna.

Skąd więc we mnie takie poczucie "bycia gorszą"? Chyba łączy się to z coraz częściej słyszanym pytaniem :" Kiedy wracasz do pracy?". Moja odpowiedź, że nie wracam, zazwyczaj maluje na ludzkich twarzach zdziwienie, pod którym kryje się współczucie. Bo jak to: zostajesz w domu? Z dzieckiem? A co z karierą? I tak z Młodym od rana do wieczora? Ciągle to samo?
I nie ma co tłumaczyć, że to lubię, że mi się podoba, że jestem szczęśliwa, i tak każdy wie swoje.
Dopiero aspekt materialny ( Teo musiałby iść do prywatnego żłobka bądź musielibyśmy zatrudnić nianię plus doliczając moje dojazdy do pracy- to z mojej nauczycielskiej pensji nie wiele by zostało) jest w miarę do przyjęcia.

Jestem już trochę zmęczona ciągłym tłumaczeniem się...chyba najbardziej przed samą sobą. Mam wiele do powiedzenia, ale może to poczekać. Nieuniknionym jest- decydując się na dziecko i na pozostanie z nim w domu- stanie w miejscu w aspekcie zawodowym. Wyłącznie w aspekcie zawodowym. Bo ja gnam i nabieram coraz większej prędkości w rozwoju swoich rodzicielskich umiejętności, w nabywaniu cierpliwości, w wyrabianiu w sobie umiejętności wsłuchiwania się w potrzeby mojego dziecka, w ćwiczeniu asertywności i w byciu konsekwentnym.

Nie wiem kiedy bycie mamą stało się niewystarczające, by móc dumnie mówić o tym kim się jest. Jeszcze zdążę się w życiu napracować, zrobić 5 kursów, które wzbogacą moje CV, zdobędę może nawet nowy zawód, podejmę się kolejnych studiów podyplomowych... Jeszcze zdążę...
Teraz jestem MAMĄ.
Pełnoetatową.
 I jestem z tego dumna.



czwartek, 20 marca 2014

O macierzyństwie mitów kilka


Nim Teo opuścił ciepłe i wygodne "M" w moim brzuchu, nasłuchałam się dobrych i mniej dobrych rad od mam, nie-mam, ojców i nie-ojców. Niektóre miały za zadanie nastraszyć, inne pocieszyć, wszystkie natomiast były wypowiadane z "gwarancją", że zobaczysz/ się przekonasz/ na pewno/ na bank. No cóż...Dziś po ponad 9 miesiącach matkowania rzec mogę, iż lepiej część z tych opowieści między bajki włożyć niż do serca brać. Oto przegląd przekonań, które u mnie występują w roli mitów.

MIT 1 " Szybko zapomnisz o porodzie"

Nie wiem co prawda, co znaczy szybko, zakładam jednak, że 9 miesięcy to całkiem sporo i w słowie "szybko" się mieści. Nie zapomniałam. Ba! Myślę, że nie zapomnę jeszcze  przez wiele lat. I nie dlatego, że było to nadprzyrodzone doznanie. Nie. Absolutnie. Nigdy wcześniej tak mnie nie bolało. Nigdy wcześniej tak długo mnie nie bolało.Wręcz niemożliwie. Po porodzie uważałam się za Superwoman, bo nieprawdopodobnym wydawało mi się zniesienie takiego bólu. I teraz za każdym razem, gdy przetnę palca kartką, uderzę się małym palcem od stopy w kant łóżka, walnę głową w róg szafki, wypadnie mi dysk to myślę sobie- phiiii...co to za ból? Przez 10 cm otwór wyszła główka o obwodzie 34 cm ( pediatra, która na oddziale poporodowym badała Młodego-przyszła do mnie z pytaniem: " Hardcore był, co?Szacunek kobieto.").
Nie wiem też, czy chcę zapominać. Pomimo okropności porodu, tego nieziemskiego bólu, zyskałam przekonanie, że jestem niesamowicie silną kobietą. I chociaż nie jest to nic nadzwyczajnego, gdyż kobiety na całym świecie wydają na świat dzieci, ja po porodzie czuję się w pewien sposób niezwykła. I o tym nie chcę zapomnieć.

 MIT 2 " Nieprzespane noce to normalka"

Na palcach jednej ręki policzyć mogę nocki, w których musiałam przez godzinę usypiać Teusza w środku nocy. Moje dziecko po prostu w nocy śpi. Nie przesypia całych nocek. Budzi się na cyca. Aktualnie ok 1 i 5 w nocy. Je i śpi dalej. Oczywiście przez te 9 miesięcy zaliczyliśmy różne okresy- od jednej pobudki przez całą noc, do pobudek co godzinę lub dwie. Jednak to były fazy, standardem są dwie pobudki na jedzenie. Brakuje mi rzecz jasna ciągłości snu. A zaznaczyć należy, że ja kocham spać. Ubóstwiam. Mogłabym w ten sposób zarabiać na życie, bo w spaniu jestem naprawdę dobra. Dlatego bez najmniejszych skrupułów, kiedy Młody ucina sobie popołudniową drzemkę, często towarzyszę mu w tej wspaniałej podróży zaczynającej się od położenia głowy na poduszce.
Świadoma jestem, że trafił mi się po prosu taki egzemplarz dziecka, który dzieli ze mną moją pasję do przesypiania nocek. Czasami się oczywiście Dzieć zbuntuje i stwierdzi o 5 nad ranem, że jest już wyspany i gotowy do zabawy, ale ja szybko weryfikuję jego plany i zdecydowanym głosem nakłaniam go powrotu do krainy snu.
Podsumowując- zdecydowanie tęsknię do 8 godzin ciągłego snu, jednak do zoombie mi jeszcze daleko i narzekanie na dwie pobudki w nocy, gdy zdecydowało się karmić piersią, jest nie w moim stylu.

MIT 3 " Kupa swojego dziecka nie śmierdzi"

W takim razie podmieniono mi dziecko na porodówce. Kupy śmierdziały mi od samego początku a od kiedy Młody ma rozszerzoną dietę ( cyc+ słoiki) to przechodzi sam siebie. Próbuję z nim negocjować i przekupywać chrupkami, żeby kupę robił dopiero jak tata wróci z pracy. T. jest tak za dzieckiem stęskniony, że smród wydaje mu się mniejszy.
Tyle w temacie. Kupa pachnąca fiołkami to mit nad mitami.

MIT 4 " Jak będziesz karmić piersią to szybko schudniesz"

Yhhhhyyyy. Nie ukrywam, cieszyła mnie ta wizja ogromnie. Za każdy razem, gdy wchodziłam na wagę będąc w ciąży ( na +25kg przestałam się ważyć) w uszach słyszałam to zdanie i było ono jak masaż na moje nieziemsko opuchnięte stopy.
Nie wiem co prawda ile schudłabym, gdybym nie karmiła piersią, ale prosssssssszzzzzzzzę. W moim wyobrażeniu powinnam być o co najmniej 2 rozmiary mniejsza. A tu co?! Dupa! I to wielka jak obietnice przedwyborcze.


MIT 5 " Po urodzeniu dziecka życie towarzyskie umiera"

Raczej ożywa. W końcu mam czas, żeby się z ludźmi spotkać. A że w moim otoczeniu jest jeszcze kilka matek- no cóż, narzekać nie mogę. Moje życie towarzyskie kwitnie i ma się naprawdę dobrze. Moi znajomi dzieciaci jak i nie dzieciaci wiedzą i liczą się z tym, że umawiając się na spotkanie ze mną, dostają w pakiecie słodkiego blondynka, który póki co, daje nam jeszcze w spokoju porozmawiać i wypić kawę. I za te spotkania bardzo im dziękuję!


Jest jeszcze cała masa rad i przekonań, która dotyczy przyszłości. Bo przecież siedzenie z dzieckiem w domu musi mi się kiedyś znudzić ( " a zobaczysz za miesiąc/ rok/dwa"), Teo przestanie być uroczym dzieckiem i zacznie rozrabiać niczym nastolatek z poprawczaka ( " a już niedługo wspomnisz moje słowa"), będę chciała pozbyć się swojego syna choćby na kilka godzin (" będziesz marzyła, żeby go na chwilę babcia zabrała"). A ja słucham, potakuję i szykuję miejsce na półce z bajkami.






sobota, 15 marca 2014

Rozmowy kontrolowane

Dzwoni pan z jednej z sieci komórkowych. Po głosie dwudziestoparoletni.
Pan: Dzień dobry! Czy rozmawiam z właścicielem tego numeru?
Ja: Tak.
Pan: Bardzo mi miło. Mamy dla Pani specjalna ofertę, czy poświęci pani trzy minuty na wysłuchanie szczegółów?
Ja: Dziękuję bardzo, ale niedawno podpisałam umowę na abonament i nawet gdyby oferowana przez pana promocja był super- ekstra to i tak nie mogłabym skorzystać.
Pan: A posiada może pani laptopa?
Ja: Tak.
Pan: Mam dla pani do zaoferowania w takim razie internet mobilny.
Ja: Proszę pana ja jestem młodą matką, nie potrzebuje przenośnego interentu.
Pan: A widzi pani a tu wiosna idzie, niedługo będzie pani mogła zabrać komputer na plac zabaw...
Ja: No chyba nie ma pan dzieci...
Pan:...na szczęście nie mam...
Ja: ...jeśli uważa pan, że matka na placu zabaw może siedzieć z nosem w komputerze.
Pan: To możemy dziecku do czapki GPSa zamontować...
Ja: Widzi pan to nie chodzi o kwestie lokalizacji mojego dziecka tylko o jego bezpieczeństwo! Także dziękuję bardzo!

Trzeba było skończyć rozmowę po słowach "na szczęście nie mam" ;)

czwartek, 13 marca 2014

Te dni


Na hasło "te dni" mężczyźni spuszczając wzrok, potakują porozumiewawczo głowami i wszystko jasne. Nie podchodzić, nie dotykać a już broń boże odzywać się ;)

Od kiedy Teo jest na świecie "te dni" jest mi o wiele ciężej przeżyć.
Pytacie dlaczego? Spieszę wyjasnić.

Powód pierwszy:
Podczas karmienia piersią istnieje opcja, że miesiączka ( tak, nie boję się użyć tego słowa) nie pojawi się. Ponieważ ja zamierzam karmić przez rok, wizja ta skradła moje serce. Nie chciałybyście usłyszeć epitetów jakie dobiegały z łazienki 3 miesiące po narodzinach Teusza, gdy okazało się, że "odwiedziła mnie ciocia w czerwonym mercedesie". Świadomość, że mogłoby jej nie być, każdego miesiąca dobija mnie ogromnie.

Powód drugi:
Syn mój jak na 9-miesięczne dziecko jest bardzo rezolutny. Nie jednak na tyle, by pojąć to, czego jego tata nauczył się w pierwszych miesiącach naszego związku- aby zminimalizować straty i ujść z życiem- należy jak ognia unikać wszystkiego, co mogłoby mnie zdenerwować. Teo jednak nie widzi nic złego ( i trudno mu się dziwić) w wysmarowaniu dywanu kremem ( mamo! mamo! umiem już odkręcić opakowanie!), wyciągnięciu wszystkich chusteczek nawilżanych z opakowania czy też wcieraniu chrupka w ścianę. Normalnie pewnie pierwszym moim odruchem byłby uśmiech ( ach jaki to mały cwaniaczek) ale w "te dni" jest to uśmiech przez łzy ( no witki mi opadają). A stłumienie emocji, które te cholerne hormony rozbudzają, nie należy do najłatwiejszych zadań. Najgorszy w tym wszystkim jest brak cierpliwości. Mojej wobec Teusza. Potem wyrzuty sumienia nie dają mi spokoju.

Powód trzeci:
Gdybym nie miała Teusza, dziś nie wychodziłaym z łóżka. No chyba, że do szafki po kolejną czekoladę. Cały dzień przeleżałabym pod kołdrą z dobrą książką, na obiad zamówiłabym pizzę i z łatwością przekonała T., że do przeżycia niezbędne jest mi opakowanie litrowych lodów czekoladowych Grycan. To byłby piękny dzień.
Jednak jestem matką. I nie ma to tamto. Trzeba wstać, zrobić dziecku śniadanie, ubrać je, zmienić kilkakrotnie pieluchę ( w tym dwa razy z asortymentem cięższego kalibru), wymyślać co raz to nowe zabawy, ugotować obiad itd., itd.
Nie ma leniuchowania. Nie ma opitalania. Nie ma! Trzeba spiąć poślady i jazda!

Na szczęście nic nie trwa wiecznie, więc i "te dni" zmierzają ku końcowi.
Mój wspaniały mąż wrócił dziś do domu z czekoladą, także do jutra jakoś przetrwam;)

wtorek, 11 marca 2014

Migawka


Wczoraj odwiedziłam z Teuszem moją koleżankę i jej o 12 dni starszą od Młodego córeczkę.
Wyjechaliśmy po 8, wróciliśmy po 17.
Rozmowy przeplatały się ze śniadaniem, zabawą dzieci, spacerem, napadami śmiechu aż do łez, drzemką maluchów, obiadem i kawką. Nic dziwnego, że czas mijał szybko. Za szybko.
Myślę, że powinniśmy przekonać naszych mężów do wspólnego zamieszkania. Matki razem zajmowałyby się domem, dzieci razem by się bawiły a wieczorem wszyscy przy jednym stole wymienialibyśmy się wrażeniami z dnia. Wizja piękną choć całkowicie nierealna. A szkoda ;)

W weekend byliśmy na zakupach w centrum handlowym. Nienawidzę robić tego mojemu dziecku. Latać z nim po sklepach zamiast po parku. Ale kiedyś te zakupy trzeba zrobić a cudowna instytucja pt. " dziadkowie" oddalona jest o ponad 300km. Także nie było wyjścia.
Nie cierpię galerii handlowych. Istnieje jakaś dziwna moda na to, by sklepy były "ekslusive". Te, które takie faktycznie są i tak znajdują się poza zasięgiem mojego portfela. Te które nie są, coraz lepiej udają, przez co ja czuję się w nich coraz gorzej. Jakby zaraz po przekroczeniu progu sklepu ta błyszcząca podłoga krzyczała- "idź stąd w tych niemodnych butach pamiętających czasy studenckie!", równiusieńko poustawiane wieszaki wołają- " nie ma tu miejsca dla matki z wózkiem! i tak nie znajdziesz rozmiaru XL...o ile byś się zmieściła!", wystylizowane ekspedientki nawet nie zatrzymują na mnie wzroku, nie wyglądam na potencjalną klientkę, na moim koncie bankowym jest za mało zer.
Staję się coraz większą fanką zakupów przez internet.

Teo znalazł sobie nową zabawę. Gdy ja leżę na naszej "zielonej łączce" ( kiedyś pokażę skąd ta nazwa), Teusz wspina się na mnie, odkrywa mój brzuch i kładzie na nim głowę tudzież robi "pierdziochy". Warto było hodować zatem "galaretę", by pierworodny miał taki fun. Dziś nawet w celu uzupełniania zasobów pochłonęłam całą (!) czekoladę. Kolejne moje uzależnienie. Mea culpa.

Teusz próbuje wstawać. Uparcie chwyta się stolika, kanapy, mnie, wszystkiego co ma w zasięgu ręki i wydaje się w miarę stabilne- i wstaje. Coś czuje, że za długo nie poraczkuje. A nawet nie zdążył się dobrze rozkręcić.

T. coraz lepiej idzie usypianie Młodego. Czyżby wielkimi krokami zbliżał się dzień, gdy będę miała wychodne?:) I to takie całonocne? Ojj pobansowałoby się...A tu się karnawał skończył! Jak na złość!

Dziś pierwszy raz od prawie dwóch miesięcy wybrałam się sama na spacer z Teuszem. Moje plecy podołały temu nie lada wyzwaniu. Mam tylko nadzieję, że jutro nie będą domagały się rehabilitacji i szczególnego traktowania, bo czuć już wiosnę w powietrzu a to zawsze wprowadza mnie w świetny humor a z miłą chęcią miałaby jutro dobry humor.

Plan B- ta piosenka, też wprawia mnie w zadowolenie i przypomina za jak wiele rzeczy jestem wdzięczna. A co Wy macie przed oczami, gdy ją słyszycie?





niedziela, 9 marca 2014

Historie z życia wzięte....

Historia pierwsza

Dzień Kobiet. Matka dostała od swoich mężczyzn kwiaty. Piękny bukiet róż. Matka pomyślała- ale jak one na tym stole będą się prezentować? Taki bałagan wokół! Wysprzątam sobie mieszkanie. A co! Kto mi zabroni? Moje święto, więc mogę robić co chcę! I wara mi od mopa! Mój ci on! I poodkurzam jedną ręką, bo na drugiej Dzieć uwieszony, bo odkurzacz= potwór. I szafki powycieram, by Dzieć za minutę mokrymi od śliny paluszkami pięknie je pomazał. Tak, lubię być Syzyfem! Nieeeee, Dzieć plątający się pod nogami absolutnie mi nie przeszkadza!
Następnego dnia w sieciowym sklepie dla dzieci m.in. z zabawkami, oczom Matki ukazuje się zabawkowy mop, miotła, wiadro, wszystko na wózku, elegancko, i ściereczka sobie wisi, i niby buteleczka jakiegoś detergentu leży. I wszystko w kolorze...RÓŻOWYM! 

Historia druga

Tak było:
"Nie, nie Teuszku, tego nie wolno. To lampa, jak ją przewrócisz to zrobisz sobie krzywdę!"
"Nie wolno kochanie drapać krzeseł. Materiał się zniszczy."
"Nie ruszaj Teuszku komórki/ pilota/ ładowarki. To nie są zabawki."

Tak będzie:
"Oooo zobacz co tu mam ciekawego!"
"Teuszku a może chcesz się tym pobawić? Zobacz jaką kolorowa piłka!"
"Teo, chodź poszukam dla ciebie czegoś fajnego do zabawy. Ooo tamburyn! Podoba ci się?"

Większa mobilność dziecka nie może powodować, że słyszy ono : nie to, nie tamto, nie sramto. Chcę szukać alternatywy. Szczególnie dla sramto.

Historia trzecia

Dzieć bawi się na dywanie. Nieopodal czujne oko Matki. Nagle Dzieć przybiera pozycję do czworakowania i wykonuje kilka "kroków". Matka drze się: "T. paaaaaaaaaaaaaatrz!!!!!!". T. zdezorientowany podnieceniem w głosie Matki biegnie i patrzy. Siedzi Teo zdziwiony o co tyle hałasu. I nawet się Dzieć nie zorientował, że raczkować zaczął.


Historia czwarta

Wieczór. Po całym dniu zakupów ( zakończonych fiaskiem- stąd i humor Matki średni), entuzjastycznym kibicowaniu Matki i Teusza na meczu koszykówki, w którym grał T. ( jakoś dwa metry wzrostu trzeba spożytkować)- Matka ma dwie godziny dla siebie. Na basen może jechać się rehabilitować, co by swoje słodkie 13kg mogła w końcu znosić po schodach. I jedzie z drżeniem serca, bo T. ma Młodego do snu ukołysać. Pidżamka przygotowana, wszystko wyjaśnione- tam witaminki, tu kaszka, potem mycie ząbków. T. kiwa głową, wszystko wie. Matka wsiada w swoje rodzinne auto na gaz i rura. Radio full, śpiewa co tchu w płucach. To bardziej relaksujące niż basen.
Wraca. Cisza. Teo śpi. Ale jak? Zasnął? Bez cycusia? Bez mamusi? Ale jak?
Matka chodzi po mieszkaniu, miejsca sobie znaleźć nie może. I bije się z myślami. " Oj matka krążysz po grząskim gruncie matki- despotki. Uciekaj stąd póki możesz!".
I poszła przytulić się do T.


*Wszelka zbieżność imion i wydarzeń zupełnie nieprzypadkowa


piątek, 7 marca 2014

Patent nr 4, 5 i 6

Nr. 4
Łączy się on niejako z pantentem nr 3. Od kiedy Teusz stał się dumnym posiadaczem zębów, staramy się, aby były one w dobrej kondycji. Po wieczornej kaszce następuje uwielbiana przez Młodego czynność- mycie zębów . Używamy pasty Ziajki od pierwszego ząbka, która nie zawiera fluoru. Zasada jest taka: najpierw ja myję mu ząbki, potem gdy szczoteczka jest już wypłukana- myje on. Patent ten ma dwie zalety: po pierwsze uczy Młodego czekania na swoją kolej (mówię: najpierw mama,potem Teusz- wspieram to gestem), po drugie uczy samodzielności. I choć póki co jest to dla Teusza głównie zabawa, to jednak wykonuje tę czynność samodzielnie.
P.s. Na początku mieliśmy szczoteczkę gumową, z wypustkami. Od kiedy ząbków jest więcej- używamy już normalnej z włosiem.


Szczotka, pasta, kubek, ciepła woda...


Nr 5
Najfajniejsza zabawka na świecie? Kosztuje ok. 2 zł. Dostępna w każdym sklepie spożywczym. Butelka po napoju, np. wodzie mineralnej. Można zostawić trochę płynu,żeby się fajnie przelewał, albo opróżnić butelkę i ją zgnieść. U nas się sprawdziło! Tyle że zgnieciona butelka po coca-coli leżąca wśród teuszowych zabawek wygląda naprawdę średnio. Grunt, że Teo jest zadowolony.

Nr 6
Kiedy kopniaki Teusza pływającego sobie w najlepsze w moim brzuchu nie dawały mi spać, śpiewałam mu kołysankę. I wierzcie lub nie, ale uspokajał się. Śpiew towarzyszy mu więc od samego początku. Dzięki temu, dziś jestem w stanie prawie zawsze uspokoić go śpiewając. Mam swoją własną playlistę. U nas cuda działa piosenka "Jadą, jadą misie". Nie wiem co w sobie ma, ale wydaje się być czarodziejską różdżką, która wysusza łzy mego smyka.
Także śpiewam na spacerze, gdy Młody ma już dość, a do domu jeszcze kawałek.
Śpiewam w aucie, gdy siedzenie w foteliku staje się nieznośne i doprowadza Teusza do szału.
Śpiewam podczas usypiania Młodego, gdy właśnie wtedy wszystko wydaje się takie ciekawe i interesujące.
Wykorzystuję także fakt, że bezkarnie śpiewać mogę prawie wszędzie. A że śpiewać lubię, to tylko mi w to graj! 



Jest tam kto...???:)

I jeszcze tak króciutko, bo mi tu T. chrapie koło ucha ( zasnął na kanapie).

Taki apel wieczorny ode mnie do Was:)
Komentujcie proszę, bo nie ukrywam, że świadomość tego, że ktoś czyta jest paliwem.
Polecajcie. Im Was więcej tu, tym patrz zdanie wyżej;)
Pytajcie, podrzucajcie tematy, w które chciałybyście bym się wgryzła.

Chciałabym się rozkręcić blogowo, ale wiadomo, początki do łatwych nie należą.
Także wsparcie mile widziane;)

A jak się podobał podrzucony przez mnie tekst? Mistrzostwo, prawda? Jeśli się nie mylę, haloziemia został Blogiem Roku:) I nic dziwnego! Pozazdrościć tylko umiejętności ubierania w słowa myśli.

Będę się dzielić tym, co moim skromnym zdaniem warte jest uwagi.
Tymczasem dobranoc!

czwartek, 6 marca 2014

Blogowy zawrót głowy

Szlajałam się w tym tygodniu po blogach. Blogach parentingowych jak się okazało.
Oto wnioski:
1. Ilość blogujących matek jest zatrważająca!
2. Ilość mądrze blogujących matek jest godna podziwu.
3. Nie ma tematów tabu: seks, kupa, teściowa, pieniądze.

Po lekturze kilku wpisów czuję, że muszę coś wyjaśnić:

- moje dziecko jest zdrowe, nie miałam z Nim większych problemów zdrowotnych, w szpitalu byliśmy raz, w piątej dobie po urodzeniu został na jeden dzień ze względu na żółtaczkę
-moja ciąża nie była przypadkowa, Teo był planowanym i bardzo wyczekiwany dzieckiem
- mam męża, którego kocham i który kocha mnie / żadnych dramatów, zdrad, alkoholu w tle/
- mieszkam na wsi oddalonej o 20km od dużego miasta, mam auto którym bez problemu dotrę tam, gdzie chcę

Jestem po prostu szczęśliwa. Długo czekałam na takie szczęście a ponieważ wiem, że nic nie trwa wiecznie, chcę się w nim tarzać do upadłego.
Nie będę więc narzekać ani krytykować.
Niepopularnie jest być dziś zadowolonym. Czytam na blogach o "matkach rzygających tęczą", "o karmiących cyckiem","o kurach domowych". Słowa rzucone w internet z pogardą.

Trochę się wystraszyłam podczas tej mojej wycieczki po blogach. Bo niby wszystko ładnie, pięknie, ale gdzieś za spacją kryje się jad. Nie wszędzie. Ale jednak.

Mimo wszystko  warto podróżować. Znalazłam coś, co mnie wzruszyło doszczętnie. List ojca do córki. Gdy przeczytałam, mówię do T. :" Musisz na to rzucić okiem". Na co T.:" Ciągle faszerujesz mnie jakimiś tekstami, filmikami itd." A i owszem, faszeruję, jak to ujął mój luby. Faszeruję i faszerować będę, bo uważam, że nie można za dużo przeczytać, za dużo obejrzeć czy za dużo pracować nad tym by być lepszym rodzicem.
Także polecam tekst: http://haloziemia.pl/list-do-corki/
Bez chusteczek nie zaczynajcie;)







poniedziałek, 3 marca 2014

Weekend w telegrafie

Ciasto, a nawet dwa, rozpalony kominek, gorąca herbata, pogaduchy w kuchni przy okrągłym stole...Dom.

Jednak, aby tego wszystkiego doświadczyć, trzeba przebyć 4 godzinną podróż. A z zakatarzonym i raczej średnio szczęśliwym z tego powodu dzieckiem to nie lada wyzwanie! Przyznać muszę, że taka podróż wymaga ode mnie niezłej gimnastyki i kreatywności. Na szczęście Teo jest na etapie, gdy do śmiechu wystarcza mu, bym uderzała się gumowym młotkiem w czoło. On roześmiany, ja nieco obolała, ale boski śmiech pierworodnego niweluje nieco ból;)

Wspominałam, że przez część drogi prowadził Teo? Szło mu świetnie! :)


Teo za kierownicą


Dziadkowie rozpieszczają, kochają, wygłupiają się i wariują na całego z, na razie jedynym, wnukiem.
Miło się na to patrzy. Uwielbienie jest obustronne. Zasada jest jedna, i to określona jeszcze przed przyjściem na świat Teusza, nie wolno podważać autorytetu rodziców. Moi rodzice zazwyczaj się do niej stosują. Zazwyczaj.
Taka sytuacja: wieczór,T. siedzi w pokoju na dole, przegląda coś w internecie. W salonie ja, dziadkowie, moja sis i jej chłopak. Proszę, by już nie rozbudzać Młodego. Chwilę później Teo szybuje jako samolot na dziadkowych rękach. Ubaw ma jeden i drugi. Chwilę później babcia wyhaczyła, że do łez Teusza rozbawia dźwięk "piiiiiiiiiiiiiiiiiiii", więc powtarza go po stokroć. Teo pęka ze śmiechu, wszyscy pękają ze śmiechu ( muszę przyznać, że i ja znalazłam się w tym zacnym gronie- ale cóż tak na mnie działa śmiech mojego dziecka).
Pora snu. Yhyyyyyyyyyyy. Nigdy w życiu! Teusz tak pobudzony, że ja już nie daje rady. Ster przejmuje T. Po dwóch godzinach Młody padł.
T. udał się do kuchni, by przy dwóch kawałkach swego ulubioneo ciasta( pieczonego przez teściową specjalnie dla niego) daje reprymendę mojej mamie. Że zabawy fajne, ale w ciągu dnia, nie na wieczór. Babcia zwala winę na dziadka i woła go do kuchni, aby wspólnie ponieść konsekwencje niesubordynacji.
Następnego dnia rano, skruszona babcia wchodzi do pokoju, zabiera Młodego, żeby rodzice mogli się wyspać;)

Czas w domu płynie zawsze za szybko. Tyle się dzieje, że za nim człowiek zdąży się obejrzeć, już siedzi w samochodzie  i macha na pożegnanie. 

Coś nam jednak udało się z tego weekendu uszczknąć. T., ja, tata, sis i jej chłopak pojechaliśmy do AqauParku. Mama ( ku swojemu niebowzięciu) została sama z Teuszem. Przez chwilę tata uczył mnie i sis pływać kraulem ( i oddychać po wodą) a potem oddaliśmy się przyjemnościom. Bąbelki, rwąca rzeka i oczywiście wyścigi na zjeżdzalni. Było super-odsteresowująco!:)
Na marginesie: T. mówi " Jakaś słona ta woda." Ja: " Bo ta woda pobierana jest z morza." T.:" To nie wiem czy będziemy mogli przyjść tu z Teuszem...". Ja:"??????". ( Na basenie woda jest chlorowana, w wakacje Młody będzie kąpał się w morzu /bądź baseniku wypełnionym morską wodą/). Mężczyźni....;)

Naturalnie odwiedziliśmy też Neptuna. Był spokojny i cichy ( może to wiosenne niemalże słońce go znużyło?).


T&T


Chciałabym móc spakować trochę jodu do słoika i przywieźć ze sobą. I pisaku zabrać tak z furgonetkę i wysypać sobie na balkonie. I szum morza zabrać ze sobą. Z tego wszystkiego szum lubię najbardziej...

Teusz zadowony z wyprawy nad morze, dobrze mu się oddychało. Niestety budka z goframi była zamknięta. Rozczarownie moje i T. przemilczę. Sama myśl o tym sprawia ból...

Weekend należy zaliczyć do bardzo udanych. Teo szczęśliwy, bo w centrum uwagi. Dziadkowie i Chrzesna (moja sis) też. Ja i T. również, bo trochę odpoczeliśmy.

Serce tylko mocniej bije, gdy w tv ogląda się wydarzenia na Ukrainie. Niepokój ogromny mną targa. I już teraz rozumiem. Już wiem. Bycie matką zmienia perspektywę. Bo serce bije za dwóch. Bo odpowiedzialność sprowadzenia małego człowieka na świat ( świat zagrożony wojną) przygniata klatkę piersiową i trudno złapać oddech. Więc odsuwam te myśli... Zamykam zaszkolne oczy i widzę....


To co w sercu gra